Miałam idealnego męża. Potrafił zadbać o wszystko, zorganizować każdy wyjazd, na zakupach nigdy nie zdarzało mu się marudzić, a i o dom pod czas mojej nieobecności potrafił zadbać.

Ale nie mógł być aż taki idealne i posiadał jedną, nie raz bardzo denerwującą wadę. Był to zakłady bukmacherskie. Namiętnie oddawał się graniu. Oczywiście z rozsądkiem i nie przegrywał poważnych kwot. Dość często zdarzało mu się nawet wygrać. Ale to jego zamiłowanie było czasami bardzo uciążliwie. Kiedy nadciągały jakieś poważne rozgrywki w piłce nożnej, komunikacja była z nim ograniczona. Wywiązywał się, co prawda błyskawicznie, ze swoich obowiązków, ale to tylko dlatego, że chciał mieć święty spokój w czasie oglądania meczu.

Szarpał sobie nerwy i zdrowie. Bardzo mocno się emocjonował, kiedy piłkarzom nie szło w meczu, na który on postawił znaczącą sumę gdy odwiedził zakłady bukmacherskie. Nie wiem, jak to się jednak działo, że poważnej kwoty nie stracił ani razu. A wiem o tym na pewno, bo to nasz syn ganiał puszczać mu te zakłady. Mąż najpierw w Internecie ustalał wszystkie typy i co tam jeszcze było mu potrzebne. Samemu nie chciało mu się chodzić, bo nie lubił obsługi w zakładach, który były niedaleko naszego domu, a dalej nie chciało mu się jeździć.